Wynalazca kojarzy nam się zwykle z kimś, kto jednym genialnym pomysłem potrafi przewrócić świat do góry nogami — albo przynajmniej wywrócić porządek w najbliższej okolicy. Nie każdy musiał być od razu Edisonem, Graham-Bellem czy Teslą, ale i mniejsi bohaterowie potrafili dorzucić coś od siebie do historii postępu.
Takim właśnie lokalnym geniuszem był Antoni Mikoszewski — kresowy człowiek renesansu, który znał się chyba na wszystkim: historii, polityce, botanice, rolnictwie, medycynie, a nawet… sztukach tajemnych. Do tego miał zacięcie wynalazcze.
Jednym z jego pomysłów był projekt „wozu saskiego” – pojazdu do przewozu osób i mienia. Brzmi może zwyczajnie, ale ten wehikuł był dopracowany jak marzenie każdego ówczesnego ziemianina: ergonomiczny kształt, wygodne siedzenia, pojemne schowki i nowoczesny „koziołek” (czyli miejsce dla woźnicy, nie maskotka).
Krótko mówiąc – gdyby takim cackiem przyjechać na okoliczny festyn, to – jak mawiał klasyk z pewnej komedii – „wstydu żadnego nie będzie, tylko zazdrość wszystkim!”
72, Archiwum Brezów z Siekierzyniec, Mikoszewscy, sygn. 428
BS
395.




